Nierzadko spotykam się z sytuacjami, w których kiedy słyszę jak na imię własnemu dziecku dali jego rodzice chce mi się śmiać. A to najbardziej ludzka reakcja. Czasami zdarza się również, iż chce mi się płakać, bywam załamany, zawstydzony, po prostu nie mogę tego przyswoić. O smaku się ponoć nie kłóci, to co ma prawo nie obrzydzać mojej osobie, pozostali mogą uważać za doskonałość – i odwrotnie. Grunt jednak w tym, że myślę, iż niektóre imiona tak dogłębnie wbite są w naszych umysłach, tak jednoznacznie się nam z czymś lub kimś jawią, iż ogromnym ryzykiem jest chrzczenie w ten sposób swoich podopiecznych, które dodatkowo noszą nasze nazwisko. Spotkałem się np. z człowiekiem o imieniu Adolf, i na pewno nie był z Niemiec. W swym życiu dostąpiłem okazji ścisnąć dłoń Albinowi, który kompletnie nie miał śnieżnobiałej skóry a także Alfonsowi, który notabene zarabiał na życie pracując w czasopiśmie – i nie była to przykrywka. W sferze politycznej naszego kraju głośno działają także panowie o dźwięcznie brzmiących imionach Maria – jest przecież Pan Rokita oraz nowy prezydent Komorowski – czy wam też coś tu nie pasuje? Jeżeli chodzi o damy, moja kumpela nazywa się Genowefa i nawet nie pytajcie czy ma na nazwisko Pigwa. Jest też Sonia, która kojarzy mi się z małym, bezbronnym chomikiem, którego trzyma się w klatce, a także Żaklina, której imię z trudem przechodzi mi przez aparat dźwiękowy. Wydaje mi się, że im dłużej i mocniej rodzice główkują nad imionami dla swoich pociech, tym gorsze są tego rezultaty.
Im bardziej wymyślnie, tym gorzej
Posted Październik 28th, 2011 by piter82